South America re-lived. part one.

To nie jest jakaś nowość dla mnie. Tu gdzie jestem. Byłam tu 12 lat temu [o jezu jak to brzmi] – robiłam pawie dokładnie taką samą trasę. Teraz jestem już duża i przyjechałam tu z zupełnie inną głową i kompletnie po co innego.

12 lat temu wylądowałam w Limie bez bagażu [dotarł z opóźnieniem] i prawie gubiąc paszport w taksówce. Jak się już to nieogarnięte dziecko ogarnęło, to wsiadło do autobusu do Arequipy i tam poznało Niemca – Philipp’a, który do teraz jest przyjacielem, a wtedy postanowiliśmy cała drogę do Buenos Aires przejechać razem. W Arequipie (czyli po niecałych 12 godzinach) uznani zostaliśmy za parę – przez trójkę uroczych Australijczyków, co było to potwornym niefartem ponieważ miałam ochotę na uwiedzenie jednego z nich. Na szczęście się udało i Cale był moim chłopakiem na czas tamtej podróży –  przez Peru, Boliwię – aż do płaczliwego rozstania w Chile.

Jak bardzo nie należy tykać dobrych wspomnień dowiedziałam się właśnie teraz w La Paz łażąc po tych samych ulicach, które wtedy razem radośnie przemierzaliśmy cała bandą.  Poryczałam się jak norka, bo mi się kompletnie odwinął  film z tamtego wyjazdu.  NO! Z tego powodu ominęłam Macchu Picchu i dlatego mimo, że mi się serce kraje – ominę Salar de Uyuni. Naprawdopodobniej. Kraje mi się to serce, bo Salar i  cała ta  przeprawa do Chile pośród lagun pełnych flamingów, maszerujących stadami lam i vicun –  to jest najpiękniejszy kawałek ziemi jaki widziałam. Tylko widziałam go z najfajniejszym facetem jakiego poznałam i kurka dlatego tam nie mogę.

Ale dobra. Po co innego przyjechałam teraz, no i inna też już trochę jestem. Duża. Teraz jestem duża. Peru i Boliwia ( tyle na razie odwiedziłam) – też już są zupełnie innymi miejscami. 12 lat temu nikt w Peru nie słyszał o Vinicunca [góra o siedmiu kolorach] – no dobra pewnie słyszał, ale nie przypuszczał, że może być taką atrakcją turystyczną. A patrz pan! –  teraz jest królową Instagrama. „Jak to się stało, że ja to ominełam?” zapytałam teraz zaprzyjaźnionego przewodnika w Cusco. „Nie ominełaś! Nie bardzo było wiadomo, że to tam jest” – pocieszył mnie lekko.  Legend jest sporo, o tym jak to Montana de Siete Colores została odkryta. Podobno ktoś wszedł,  stopniał jakiś śnieg  no i okazało się, że tam pod spodem tęczowa góra jest. Lokalesów to bardzo nie dziwiła bo zawsze tam była i nie śmieli nawet przypuszczać, że może być taką atrakcją, więc sobie spokojnie koło niej  egzystowali, aż tu nagle nawał turystów. Nawet nie ma tam jakiegoś konkretnego znaku  tylko taki wyskrobany na papierze że to tu pobierają opłatę za „wjazd”. Macchu Picchu zresztą też odkryto przez przypadek. I uwaga –  podobno będzie tego więcej, bo wciąż ktoś gdzieś na coś natrafia – najczęściej na ruiny, ale za tęczową górą też podobno jest piękna czerwona dolina, która jest dopiero odkrywana na potrzeby turystów.

La Paz też jest już inne. Ma parę linii zupełnie świeżutkiego Teleferico, które wozi mieszkańców z dołu do góry i odwrotnie [takie metro tylko nad ziemią] przy okazji fundując nieziemski widok na całe miasto. Przerzedziły się też stragany Mercado de las Brujas czyli targu czarownic, które sprzedają szczęście, radość i miłość w świeczkach, butelkach i ziołach palonych i używanych w intencji. Kiedyś czarownic było znacznie więcej, teraz jak na lekarstwo. Szukałam maści z koki [bo to super maść na obolałe mięśnie po snowboardowym wysiłku] –  znalazłam, ale parę pań najpierw popukało się w głowę. Drożej się robiło w La Paz, nowocześniej, ale nadal pachnie Palo Santo – świetym amazońskim drzewem. I to jest spoko.IMG_2209.jpg

E0FFE995-C43B-4EF9-B350-CCD304C8993C.JPG

IMG_2210.jpg

No więc jestem znów. Teraz trochę świadomiej niż wtedy. Rzuciłam robotę – pewnie nie na zawsze – ale na bank muszę odpocząć od tego próżno -durnego świata telewizji [zdjęcia poniżej, to akurat była fajna robota] Oglądam sobie teraz czasem instastory polskich celebrytek i uśmiecham się do siebie z czułością. Jak to dobrze znów stanąć na ziemi. Mam teraz 20 kilogramów podręcznego domu w plecaku i trochę kasy – niewiele – bo postanowiłam, że to będzie tania podróż. Ma mi pokazać to, co ważne. Jadę do przyjaciół w Argentynie. TYCH TU. Marzy mi się parę miejsc w których nie byłam na samym południu tej Południowej Ameryki i chciałabym móc Was tu kiedyś wozić – ale to już zupełnie inna historia.

Wesołych Świąt z La Paz!

ps. 12 lat temu w Boliwii piłam tylko paskudne słodkie wino. Ku mojemu szczeremu zaskoczeniu, są tu teraz pyszne lokalne wina z Tarijy. I wcale niedrogie.

Processed with VSCO with 5 preset

Processed with VSCO with 5 preset

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s