Jujuy.

„never look back, you’re not going that way”

♠ENGLISH BELOW♠

To wszystko jest wina Facu i Seby.  Przez nich to Jujuy. Facundo to odpisał na mój publiczny post na couchsurfing’u o tym że jadę do Peru. ” Witaj w Ameryce Południowej. Będziesz się dobrze bawiła. Peru jest super, ale zapraszam do północnej Argentyny. Tu dopiero jest pięknie, dobre wino, pyszne mięso a ja mieszkam z dziesięcioma psami w trzystuletnim domu i robię sery”  NO i co?  Co Wy na takie dictum?! Nie skusiłoby Was?! Trzystuletni dom i te sery?!!!!!! Facu doadał jeszcze, że oniegdaj w domu przebywał Pablo Neruda. W tym domu naturalnie. Naturalnie skręcało mnie z checi pojechania tam.

Potem do grona winnych dołączył Sebastian – peruwiańczyk u którego mieszkałam w Tarija, w Boliwii – tamtejszym regionie winnym. Genialny gość z którym się bardzo zaprzyjaźniłam i, który z jakiegoś powodu pchał mnie do Tilcary.  Wcale nie miałam tej Tilcary w planach – stanowczo więc odmawiałam. On dalej namawiał,  a ja dalej odmawiałam.  Pojechałam do Jujuy z przekonaniem, że Tilcarę ominę. Nie ominęłam; mądrych to jednak trzeba słuchać. Ale od początku.

W końcu, mimo braku kasy, dotarłam do San Salvador de Jujuy. Facu przejechał po mnie na Terminal i było to chyba najmilsze powitanie jakie mi się przydarzyło. Nie znaliśmy się a od pierwszej minuty czułam, że miałam dobrego kumpla. Szybko ustaliliśmy, że ja potrzebuje praktyki w hiszpańskim, on w angielskim, więc oficjalnym językiem naszego spotkania będzie Spanglish.  Tak się zagadaliśmy, że wcale nie zauważyłam kiedy gość wywiózł mnie gdzieś za miasto Jujuy [którego w końcu nie widziałam wcale, ale podobno urodą nie grzeszy] na farmę do miejsca, które okazało się być  absolutnym…. RAJEM . Dom był przepiękny, stary, nadźgany historią, otoczony cudnymi górami, a w środku do tego jeszcze wino, pyszne żarcie i dwóch znakomitych gości – Facu i jego supertata.

Processed with VSCO with kp1 preset

Processed with VSCO with kp1 preset

 

Processed with VSCO with kp1 preset

Processed with VSCO with kp1 preset

Tata Facundo miał najpiękniejszy mózg świata –  był oczytany milion – no, w końcu był byłym sędzią tutejszego sądu [ja wiem to jest wcale nie takie oczywiste, że ludzie na  tego typu stanowiskach, to ludzie mądrzy sądząc po wiedzy geograficznej prezydenta Dudy czy ministra Waszczykowskiego, ale dla odmiany miło było tak pomyśleć]. Tatę poznałam podczas lunch’u następnego dnia po przyjeździe i wtedy też zaczęliśmy gadać. Bardzo dobrze nam się gadało, a wieczorem ocknęliśmy się zapytani przez  Facu co jemy na kolację.

„Fajny ten Twój tata” odpowiedziałam.

„Domyśliłem się. Właśnie przegadaliście osiem godzin” – uśmiechnął się.

Rzeczywiście.  Od trzynastej –  to było osiem godzin. Gadaliśmy niemal o wszystkim –  o polityce i ustroju Argentyny, o Jujuy [prowincji, nie mieście – dalej wyjaśnię o co chodzi], o jej zmieniającym się krajobrazie, klimacie, historii, o historii domu [który na swych dość rozległych przyległościach okazał się mieć też własny cmentarz i amfiteatr do takich czwartkowych nieobiadków,  a koncertów urządzanych przez babkę taty],  o Polsce,  o San Escobar – no o wszystkim. O dziwo po hiszpańsku.  W sensie, to było zupełnie naturalne w przypadku taty Facundo, a w moim już nie bardzo. Mój hiszpański nadal kulał, ale ponieważ te nasze konwersacje powtarzały się codziennie, to codziennie jednak miał się coraz lepiej. Niewiele pozwiedzałam w te pare dni, ale to było najmilsze i najbardziej pouczające niezwiedzanie jakie mi się przydarzyło.  Wieczorami Facundo i ja gotowaliśmy i piliśmy wino, robiliśmy hummusy, przypiekaliśmy sery [tak te lokalne, które robił Facundo], no i mieliśmy kompletnie nieudane podejście do upieczenia chleba. Kompletny CHILL. Wakacje od wakacji.

Processed with VSCO with kp1 presetProcessed with VSCO with kp1 presetProcessed with VSCO with kp1 preset

 

Wyobraźcie sobie, trudno było się stamtąd ruszyć!  Ale tyle się nasłuchałam o tym jak piękne jest Jujuy, że trzeba było to zobaczyć. Ha, no więc jednak!  Tilcara!

„To jak się nazywał ten hostel w Tilcarze w którym tak koniecznie miałam zamieszkać?”.  – zaesemesowałam do Sebastiana

„Casa Colores” – szybko odpisał.  „Jedź koniecznie, oni są tam tak samo popierdoleni jak Ty”

No dobra! No więc zostaję na jakiś czas w Jujuy!

I teraz mała dygresja; Argentyna podzielona jest na prowincje i często zdarza się tak, że stolica prowincji nazywa się tak samo jak sama prowincja np. Salta i Mendoza tak mają -prowincja Salta i jej stolica też Salta.  Dla odróżnienia więc mówi się, że się było w Salta, la capital – w stolicy, bo powiedzenie że  np. podobała mi się Salta  – bardziej oznacza całą prowincję, niż samo miasto. Ba zresztą stolice prowincji zazwyczaj nie są superinteresujące; najpiękniej jest poza nimi. W Jujuy [prowincji] stolicą jest San Salvador de Jujuy, potocznie zwany też Jujuy, czyli tak samo jak prowincja. Jadąc do Tilcary, zostałam więc w prowincji Jujuy, ale nie w mieście. W mieście nigdy nie byłam. No to tyle.

Facundo zawiozł mnie na przystanek. Czekała tam już pani w kowbojskim kapeluszu jadąca do Purmamarki – jednego z tych miasteczek, których instagramowi podróżnicy nie są w stanie pominąć – BO ładne i ładnie wychodzi na fotach.  Tilcara była troszkę dalej.

” Nie boisz się tak sama?!” – zapytała lokalna kowbojka.

No trochę się obawiam tej Tilcary – pomyślałam sobie, ale:

„Nie, lubię to!” odpowiedziałam nie kłamiąc.

Naprawdę to lubię pomyślałam gapiąc się na zmieniający się krajobraz przez okna autobusu. Tata Facundo miał rację; co pół godziny zmieniało się wszystko. Z deszczu wjeżdżaliśmy w palące słońce, z dżungli w pustynię, mijaliśmy niskozabudowane, gliniane, urocze miasteczka, a ja cieszyłam się jak dziecko na widok  wielkich kaktusów. Uwielbiam wielkie kaktusy!

Processed with VSCO with kp1 preset

Processed with VSCO with kp1 preset

Processed with VSCO with kp1 presetProcessed with VSCO with kp1 preset

Na mały terminal autobusowy w centum Tilcary dotarliśmy po ok. dwóch godzinach. Dookoła było mnóstwo hosteli więc słynna CASA COLORES musi gdzieś tu być – pomyślałam sobie.   Na podarowanej mi w centum informacyjnym mapie, panie narysowały mi długą drogę przez most. Akurat ten hostel nie był w pobliżu – był po stronie miasta, w której nic nie było. No niewiele, w każdym razie.  „Ja prdl to musi być jakiś wyjątkowy hostel” pomyślałam patrząc na mój superciężki plecak i na mapę na której rysowała się wizja bardzo długiego spaceru. Nakupowałam milion pięknych peruwiańsko-boliwijskich rzeczy do Lipowego, to teraz mam – plecak jak z kamieniami. Ruszyłam wlecząc mój plecak po ziemi [całe szczeście ma kółka, więc można go też ciągnąć jak walizkę, a nie tylko targać na plecach] i sapiąc dotarłam do Casa Colores.

„Czekałaś na MNiE?!” – zaskoczył mnie głos z tyłu.

„A macie miejsca? Sebastian mnie przysłał.”  – walnęłam tak po prostu.

„Jasne, że mamy. dla znajomych Seby zawsze. A ten plecak dlaczego taki ciężki?! „-  spytał Lucas [bo tak miał na imię gość] próbując mi pomóc . „Sebastian jest w środku?!”

dla formalnosci: TO jest SEBA:

Sebastian
Sebastian, my cool friend!

 

” Sebastian i jeszcze parę innych trupów” – odpowiedziałam.

Uśmiechnał się

” Robimy właśnie zrzutkę na empanady i wino na kolację. Fajnie, że jesteś, będzie weselej.”

Ledwo usiadłam, a do hostelu wpadł jakiś wariat i rzucił się do całowania mnie na dzień dobry [generalnie wszyscy Argentyńczycy dają sobie buziaki przy poznaniu, ale prawie nigdy nie są one tak gwałtowne]

„Ja Cię znam z Barlioche” – powiedział Mathias –  jak się okazało właściciel hostelu.

„Kurka, nie znam gościa” pomyślałam. Ale fakt, w Bariloche byłam, to może on mnie faktycznie zna.

Złapałam wifi i odebrałam wiadomość od Seby; „a nie mówiłem, że popierdoleni tak jak TY?!”

No mówił!

I może  właśnie dlatego zostałam tam tak długo 🙂  I dłużęj też bym mogła! Za chwilę napiszę dlaczego i obiecuję, że będzie więcej o miejscach do oglądania niż o mnie.

English version ↓ below the photo.

TILCARA by night
TILCARA by night

 

This is all Facundo’s fault; and Sebastian’s. They are to blame for all the Jujuy thing! Facundo replied to my Peru public trip on couchsurfing. „Welcome to South America” he said. „You will have a great time here. Peru is awesome, but why don’t you come to North Argentina?! It’s beautiful here, there is great wine and amazing meat. I live here in 300 years old house with ten dogs and make cheese” And what do you say to that?! Then he also mentioned that Pablo Neruda was staying there in the house some time.  Yeah, right there in that house. I did not want to go there, I was craving to go there!

Then, there was Sebastian, a Peruvian guy I stayed with in Tarija, Bolivia – the cool wine region there.  We made cool friends and for some reason he was pushing me to go to Tilcara in North Jujuy.  I had no plans to go there whatsoever so I kept refusing. He kept pushing. Anyway,  finally I left Bolivia for with my plans unchanged. I was strongly convinced I will miss Tilcara this time. I didn’t. Sometimes you need to listen to smart people. But, let’s start from the top!

Despite my money changer problems, I managed to get to San Salvador de Jujuy. Facundo received me at the bus terminal and it was one of the coolest meetings ever. We did not know one another, but it took seconds to feel he’s a good pal. We quickly decided the the official language of this meeting should be Spanglish as he needed to practice English and I did Spanish. We hopped into the conversation so fast and so engaged that I hardly noticed how, in no time, I was taken quite far away from the capital city of Jujuy into a farm that happened to be…. a PARADISE! The house was stunningly beautiful, placed on a massive green farm and filled with history. God if the walls could talk! And it was a mere addition to the two supercool guys living there – Facu and his dad.

Facu’s dad was sharp-witted, super clever guy. I met him for lunch the next day and this was when we started talking. It was a long, interesting and a very nice chat stopped abruptly by Facundo’s asking us what we wanted to eat for dinner.

„Your dad is awesome”  I said to Facu.

„I’ve noticed” he replied „you guys just talked for over eight hours”

I WAS over eight hours I realised.  We talked everything – Argentinian politics, Jujuy – the province; its climate and nature, the history of the house itself that happened to also have a cemetery and the amphitheatre on its wast belongings [the latter used by the great grandmother used for Saturday’s concerts for the local Boheme] Poland and who knows what we haven’t discussed.  And to my surprise it was all in Spanish, which was only natural for Facundo’s dad, but it was not so obvious with my twisted, goofy Spanish. I felt it was untwisting slowly as we worked out a little routine of having the chats every day:) I did not see any of Jujuy these days, but it was the nicest and most educative not- sightseeing practice I have ever experienced. Just cool lazy time. We cooked in the evenings, drank good wines, toasted some of the Facu’s cheeses and even had one totally failed attempt of baking some bread. Holiday from holiday. As chilled as it can only be.

It was really hard to move my ass from there, but I needed to check out if what was said here about the province of Jujuy was right. So, it seemed only right to hit the road. Seemed like I am heading out to Tilcara anyway!

„Hey, what was the name of the super fab hostel in Tilcara I had to go to?”  –  I asked good old friend for help.

„Casa Colores” Sebastian replied quickly „you won’t regret it! The guys there as fucked up as you are”.

OK then. Let’s go Tilcara, let’s explore Jujuy!

Now, I need to explain one thing. Argentina is a lot of provinces, some of which are named exactly the same as their capital. This is the case for Salta and Mendoza for example; the province of Salta and Salta – it’s capital city.  To be clear,  you just simply say: I am in Salta, la capital or Salta, which would mean the province. In Jujuy, the capital city is San Salvador de Jujuy, often reffered to as Jujuy, which again is same name as the province. So going to Tilcara, I was staying in Jujuy, but at the same time have never made it to Jujuy, the capital. That’s basically it.

So, Facundo took me to the bus stop and I waited there accompanied by a local lady in a cowboy hat. She was going to Purmamarca – one of the cool instagram destinations. It is a photo friendly, photogenic cool town in every bit of it. Tilcara was a bit further up north.

„Aren’t you afraid of travelling just like that by yourself” she asked.

I am a little chicken about the whole Tilcara thing i thought but:

„No, I like it!” I replied  being completely honest.

I do really like it –  I thought staring though the bus window. The nature  was awesome. Facu’s dad was right – there was a change every 30 minutes from jungle to desert, from rain to burning sun. We passed by the picturesque little towns made of mud and I was kid overjoyed seeing the huge cactuses. I adore cactuses!

We got to Tilcara bus terminal within about two hours. There was tons of vibrantly cool hostels around. „Yeah” I thought „Casa Colores must be somewhere here!” I wasn’t sure though and since there was no mobile signal I had to check out with the local information centre. The news wasn’t great. Casa Colores was on the other side of the bridge, in the part of town with not much else but just the hostel. „Fuck, this must be pretty special hostel if it’s that far and still worth it” I thought looking at the map and then – at my super heavy backpack. There was quite a walk ahead of me.  I had bought a ton of supercool Peruvian and Bolivian artesania for my cottage before coming to Argentina and it was all sitting in my bag. So now: there you go babe: carry it!  Cool that my backpack had this

wheel system that lets you pull it like a suitcase, so I somehow got there ok.

„Are you waiting for me?” I heard the voice from behind.

„Hey, do you have space? Sebastian sends me here!” I shot just like that

” We always have room for Sebastian’s friends. Why is the bag so heavy?! – Lucas [was his name] asked trying to help me. „Is Sebastian inside?”

↑ up there there is a pic of Sebastian just to give you an idea of what we are talking about:)

„Yep. Him and some other bodies!” I replied.

Lucas smiled

„There is a plan to get empanadas and wine and eat them together of dinner at the hostel. Cool you’re here. It’ll be fun!”

I barely managed to sit down to collect my thoughts and there is this guy storming though the door and kissing me hello. [Generally, all Argentinians kiss when they first meet, but I did not expect it to be that intense]

„I know you from Bariloche” said Mathias, who happened to be the owner of the hostel

„Shit, I don’t know the guy” I thought „but truth is I was in Bariloche a few times, so who knows?”

Then, I suddenly got the wifi signal and a message pops up: „Didn’t I tell you they are as fucked up as you?!.

„Yep Seb. you did!” I thought

So, maybe this is why I stayed there quite a bit. And to be honest I could do more. Much more. I will write why soon! and I promise to concentrate more on the things to see more than things about me. 🙂

 

 

 

 

 

One Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s