Bali – why not!

Spłakałam się właśnie w moim balijskim pokoju wrzucając na instagram posta żegnającego Rani – moją sąsiadkę i współtowarzyszkę „niedoli” tutaj w Jiwa Damai.  Nie miałam się przywiązywać, nie taki był plan. Miałam popracować i nauczyć się pracy w ogrodzie [bo jest pomysł na własny w Lipowym Moście] – a do tego Bali wybrałam celowo – bo tanie masaże, dużo knajp ze zdrowym żarciem, joga i takie tam. DETOKS miałam w głowie – no i niby się udało. Nie udało mi się nie przywiązać.  O Rani (cudna mała muzułmanka z Jakarty wyglądająca jak jelonek Bambi, zbuntowana przeciw hidżabowi, prowadząca listę potencjalnych kandydatów na męża – gdyby jednak musiała wyjść a mąż, a do tego rysująca prepiękne komiksy i jedząca posiłki  taką pasją, że  Ci wstyd że traktujesz jedzenie aż tak powszednio) jeszcze napiszę, ale tymczasem o Bali. BO Dlaczego nie!

Jest tu pięknie – nie ma co! Zajebiste pola ryżowe, przepiękne wodospady, ładni ludzie, knajpy  jak wyjęte z Londynu czy Nowego Jorku – no raj –  dla instagramerek! Piękne infinty pools [takie baseny co wydają się nie mieć końca i wisieć nad dżunglą, polami ryżowymi lub nad czymkolwiek innym atrakcyjnym] – o takie:

no bo sama se strzeliłam fotę [w sensie ktoś mi strzelił] w bieda wersji takiego. Są lepsze! Niedoścignionym wzorem instainfinity jest jednak Lauren @gypsea_lust i jej chłopak Jack, którzy z instagramowych profili  postawili sobie tu luksusowy dom.

Na Bali są jeszcze huśtawki do zdjęć nad lasem tropikalnym, hamaki, wielkie kokosy – no instaraj;  tylko lokalna kultura jest w regresie. Aż mi się ciśnie tutaj cytat z bohatera netflixowego serialu „YOU”  – Joe’go [bądź Will’a – kto ogląda to wie, że właściwie niewiadomo]

„Warzywniaki w Los Angeles nie są miejscami do których idzie się po marchewki, to są  wymuskane Disneyland’y wolne od GMO. Idziesz po sałatę, a wygrywasz nowe życie jeśli masz wystarczająco  dużo pieniędzy i przestaniesz jeść gluten.”

To  jest najtrafniejszy opis Bali jaki mogłam sobie wymarzyć; ofiary nowoczesnego kolonializmu.  Seminyak wygląda jak Rodeo Drive. No joke. Wszystko ładne,  wymuskane, RAW,  bez GMO i glutenu. Każdy insta influencer będzie się tu czuł „zdrowo” dopieszczony zanim stanie w półgodzinnej kolejce by zrobić sobie samotne zdjęcie w bramie Lempuyang Temple albo na Bali swing. Ta ostatnia przyjemność kosztuje 35 dolarów(!) i są różne opcje – a ponieważ chętni też są [na huśtawkowe foty], to całe Bali usłane jest teraz huśtawkami – co wzniesienie lub wodospad to huśtawka albo wielki kokos do zdjęć. Dwa konie  z rzędem temu co w centrum Canggu lub Ubud znajdzie lokalną knajpę [prowadzoną przez tubylców – mam na myśli], albo nawet kawałek  lokalnego targu.  Tak wiem – sama przykładam do tego rękę – w końcu przyjechałam tu na vege żarcie, soki z papai i tanie masaże – więc pedałuję równo wszystkimi innymi by ta machina jechała. I szoruje!; jest  bardzo dobrze naoliwiona kasą ładnych ludzi w ekoociuchach uprawiających jogę lub surfing  takich jak @benjaminortega. To jest moje ulubione jego zdjęcie [był tu w tym samym czasie co ja] – bo ta fota –  to jest Bali.IMG_0888.jpg

„A co one na to?” – pomyślałam sobie siedząc w SPA wyjętym  jakby z North Lanes w Brighton, z nogami wyciągniętymi do balii pełnej kwiatów, którą obsługiwała młoda balijka. „Jak one sobie z tym radzą, że siedzą tu same nadęte białe baby i płacą za pedicure tyle ile kosztuje wyżywienie ich rodziny w pół miesiąca.”  – myślałam. Było mi strasznie głupio –  i wiem, tak, one maja pracę więc wszystko jest git, ale jednak czułam się źle i więcej nie wróciłam – pewnie nieznacznie zaniżając im dochód.

Processed with VSCO with fr4 preset

Nawet w Jiwa Damai, gdzie pracowałyśmy z Rani fizycznie – z daleka od tych wszystkich pięknych ludzi – coś wisiało w powietrzu.  To była Margaret – pani psycholog z Nowego Jorku i właścicielka tego pięknego miejsca –  dobry człowiek, a jednak pewnego rodzaju capo dla lokalnych pracowników. „Oni są tu szczęśliwi?” – zapytałam Rani [moją indonezyjkę] – „bo ty rozumiesz co między sobą mówią”

„Staram się nie oceniać” odparła – „myślę, że się nad tym nie zastanawiają, ale dlaczego pytasz?”

Skończyłyśmy te wymianę zdań tym, że  być może obudziła się we mnie polska, narodowa niechęć do najeźdźców, ale nie czuje się dobrze z tym, że oni w swoim kraju nie pracują dla siebie tylko dla „kolonizatorów”  z kasą.  A ja wciąż słyszę od Margaret, że są leniwi. Są czy nie są – ja się niedobrze czuję jako „białas” na Bali i tyle.

W Jiwa Damai detoks zajebiście się udał – pysznie jedliśmy dzięki Jani – tutejszej kucharce, ćwiczyliśmy jogę z Hamsą

IMG_0079– też pracującym tu wolontariuszem.  Medytowaliśmy z właścicielką,  no i ja pływałam; sama w basenie [obyło się bez półgodzinnych kolejek, bo nikt inny nie chciał:)]. Po raz pierwszy w życiu miałam rutynowo ustawiony dzień – każdy taki sam, z regularnymi posiłkami i nie miałam pojęcia jak dobrze takie coś mi robi. Jiwa Damai była też super detoksem od „butikowego” Bali,  które szczerze jest nie do zniesienia. Dlatego Bali – przynajmniej dla mnie –  nie!

PS. To Rani była nagrodą główną tego wyjazdu – mała zbuntowana muzułmanka, która pootwierała mi kompletnie nieznane przestrzenie. Nie mogłybyśmy się bardziej różnić chyba – dlatego tak bardzo ją pokochałam i cenię tę przyjaźń o której jeszcze o napiszę:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s