wymyśliłam sobie Wuyuan czyli Chiny cz. 2.

Napisałam, że moja przyjaźń z Filipem łatwa nie jest. Otóż – jest nawet bardzo trudna. On jest typowym Niemcem – czyli ma wszystko zaplanowane i tak bardzo nie lubi jak ten plan mu nie wychodzi, że już w Boliwii dostał ode mnie ksywkę „the Nazi” czyli nazista po prostu. Jest z tym związana anegdota, ale… wolę jej nie przytaczać. Może kiedyś. Ci co wiedzą to wiedzą. No i ja też łatwa nie jestem – szczególnie w podróży, więc dwa takie pacany razem, to trochę jak beczka trotylu. Skumaliśmy to już w Ameryce Południowej – więc stosowaliśmy zasadę: trzy dni razem, trzy osobno. Trzy dni to jest dokładnie tyle ile jesteśmy w stanie ze sobą wytrzymać zanim skoczymy sobie do gardeł, więc by tego uniknąć zwykle rodzielaliśmy się i umawialiśmy w jakimś uroczym miejscu – za trzy dni. I to działało. W Ameryce Południowej.

W Chinach dzień czwarty przypadł na 10cio kilometrowy spacer po Murze Chińskim, a piąty na przejazd ultraszybką koleją do Shanghai’u – tą samą w której zepsuł mi się telefon. Już było źle. Murem spacerowaliśmy osobno – ja wolniej, nazista znacznie szybciej – i właściwie bez słowa. No nie do końca – Filip mnie poganiał, a ja wcale nie miałam ochoty iść szybciej, bo widoki były nieziemskie. Plus co chwila strzelałam foty. Domyślacie się reszty, prawda?! Dla wszystkich zastanawiających się po co nam taka dziwaczna przyjaźń – otóż mimo naszych niezaprzeczalnych wad, oboje jesteśmy fajnymi ludźmi po prostu. Mamy podobną ciekawość świata i chyba to właśnie jest powód, że lubimy się niezmiennie od parunastu już lat. No i nawet się odwiedzamy. Tyle, że na maks trzy dni:)

No więc prawie milcząco przedreptaliśmy 10 kilometrów Chińskiego Muru i właściwie nie ma tu o czym opowiadać więc pokaże Wam foty. Ja oczywiście się poryczałam – jak to zwykle bywa gdy mnie coś wzrusza, a wzruszyło mnie to, że ja mały Krogulec, jakimś dziwnym połączeniem siły woli, chęci poznania świata i odrobiny bezmyślnej odwagi, znalazłam się dokładnie na budowli którą budowano pochłaniając niewiadomo ile ludzkich żyć i którą widać z kosmosu. Ten spacer nie jest łatwy, szczególnie w skrajnym upale, Filip też nie pomagał… ale widoki są nieziemskie. To Was na chwile z nimi zostawię [tak, trafiliśmy na sesję do lokalnego Vogue’a:)]

Po spacerze po murze, pokłoceni, wsiedliśmy do pociągu do Shanghaiu, by tam dość zgodnie postanowić , że trzeba iść rozmasować ten konflikt w jakimś przyjemnym gabinecie masażu, a potem zaopatrzyć mnie w nowy sprzęt do komunikowania się i słuchania muzyki. I tak zrobiliśmy – brat Filipa zabrał nas do znanego mu sklepu z elektroniką wielkości londyńskiego Heathrow [i to włącznie pasami startowymi] – o dziwo pełnego zakazanych wtedy w Chinach iphone’ów oraz wszelakich innych cudów techniki. Wszystko kosztowało znacznie mniej niż w Europie, i tak, mniej też niż w Stanach. Generalnie wszystko to tam kosztowało grosze i było mniej lub bardziej zbliżone do oryginału. Postanowiłam, mimo pokusy, że na nowego iphone’a mnie nie stać [pamiętajmy że to były jego pierwsze światowe podrygi i miał wtedy właściwie dwie funkcje – był połączeniem ipod’a i telefonu], więc zaopatrzyłam się w zwykła nokię – to do komunikacji i ipod’a mini – to by zgrać trochę jakiejkolwiek muzy na podróż. W głowie miałam dwa miesiące wałęsania się i potencjalnie sporo nieoczekiwanych wydatków. W sumie, Chiny okazały się być dość tanie, ale kto wtedy o tym wiedział:) Nepal i Indie podobnie; najwięcej nieoczekiwanych pieniędzy pochłonął Tybet… ale o tym w swoim czasie. Anyway, miałam gadżety, mogłam ruszać dalej.

O Samym Shanghai’u nie ma co pisać – miasto jest wielkie i właściwie cały czas pogrążone w smogu. Nie widziałam nic – nawet z mieszkania Rafy na jakimś 27ym pietrze jednego z drapaczy chmur; a właściwie to może właśnie dlatego, że było wysoko. Do tego, miasto było w permanentnej budowie. Co chwilę słyszałam o tym, że wysiedlono jakąś biedną dzielnicę by zbudować kolejny wieżowiec. Tych jest tam mnóstwo i właściwie każdy ma jakąś knajpę lub klub na dachu. Podobno w niektórych nawet pływają rekiny w wielkich akwariach – nie wiem po co! Filip postanowił skorzystać z tychże [ z klubów, nie rekinów] i ruszył na nocny podbój pięknych, miniaturowych, chudziutkich i bogatych chinek. Ja właściwie bez celu, łaziłam po Shanghai’u, czasem siadając w knajpach i planując dalszą podróż. Był to właściwie ostatni moment kiedy mogłam jeszcze pogadać po angielsku. Shanghai jest bardzo międzynarodowy, z tysiącami expatów, więc się da. Nawet z lokalesami. Z Shanghai’u miałam ruszyć do WUYUAN w prowincji JIANGXI i tam – już nie było tak lekko.

Wymyśliłąm sobie to Wuyuan, bo wyczytałam, że to najbardziej urocze miasteczko w Chinach i do tego położone wśród pól ryżowych. Dookoła są też inne dobrze zachowane małe miasteczka z czasów dynastii Ming [1368–1644] i Qing [1636–1911] – i to dopiero jest ukryty skarb. O Wuyuan też często mówi się, że jest miastem książek i herbaty. By się tam dostać trzeba było użyć nocnego pociągu i lokalnego autobusu [kluczowe jest tu słowo LOKALNY, bo oznacza brak oznaczeń przyswajalnych dla nieznającego mandaryńskiego białasa] . Z Filipem pożegnałam się w taksówce, którą razem zamówiliśmy – on do nocnego klubu z rekinami, ja na nocny pociąg. Potem tak mi to opisał:

heyho,

yeah indeed my friend: u missed a great party on saturday night. we started with a club with a big aquarium with little sharks in it…then another club in front of the big buildings at the bund with a big terace on the roof of the house. back to bed at 5.30h….

I tak zostałam sama na resztę mojej podróży po Chinach. No dobra, miałam jeszcze w ipod’dzie płyty Placebo i Coldplay’a zgrane od Rafy [innych nie miał] – i to właściwie było moje jedyne towarzystwo. Pociąg był sypialny, ale okropny; leżanki z zielonego skaju, zimne jak cholera, milion ludzi [wszyscy tacy sami] – i wszędzie zapach chińskich zupek. W każdym chińskim wagonie chińskiego pociągu są wielkie zbiorniki z gorącą wodą – by podróżni mogli ją sobie wlać do zup instant. W sunie super, bo można też zrobić sobie herbatę lub kawę, ale są tego dalekoidące konsekwencje. Zupy chińskie, w Chinach, sprzedawane są w gigantycznych miso-pudłach, więc Chińczycy jedzą je długo i na zmianę, a właściwie non stop – więc nie ma szans by na moment zapomnieć o zapachach. Trza po prostu iść spać.

Naprawdę nie pamiętam jak się nazywało miasto do którego dotarłam o 3ciej nad ranem [generalnie naprawdę mało chińskich nazw pamietam], ale pamietam, że na piechotę przeszłam z dworca kolejowego na autobusowy. Było jeszcze ciemno, usiadłam na plecaku by poszukać jak się pisze WUYUAN po chińsku, by przynajmniej mieć jakiekolwiek pojęcie jakich znaków szukać na czole autobusu. PO paru minutach skupienia, podniosłam głowę i… na uśpionym, wydawało mi się, dworcu w mgnieniu oka zjawiła się ludność chyba wszystkich okolicznych wsi. Wszyscy ci ludzie stali nade mną gapiąc się jakby w ich małym cichym, niepokalanym żadnymi niepożądanymi wydarzeniami miasteczku, właśnie wylądowało UFO. Byłam chyba bardzo rzadkim okazem białasa w tamtych rejonach. Wszyscy mówili coś do siebie, a potem to samo pokrzykując do mnie. Bardzo ich irytowało, że nic nie rozumiałam. Strasznie krzyczeli i to wszyscy naraz [a naprawdę było ich dużo] zapewne chcąc pomóc. Na porozumienie szans nie było. Ja nie kumałam, a oni nie kumali, że ja nie kumam. Do tego byłam wyrwana ze snu na okropnej skajowej leżance i szukałam sensu w chińskich znakach o 3ciej nad ranem będąc okrutnie głodna. Otoczona, myślałam tylko o ucieczce. Gdy ten tłum – zupełnie słusznie mną rozczarowany – trochę się rozpierzchł to, nie pamiętam jak, ale jakoś chyba zrozumiałam jednego gościa. Powiedział że mój autobus odjeżdża po ósmej ze wskazanego palcem na placu, przypominającym klepisko, miejsca. Postanowiłam zaufać i gościowi, i swojej intuicji – że to co powiedział jest tym co zrozumiałam, że powiedział. Chwile posiedziałam na plecaku, by potem ruszyć w stronę dworcowej knajpy, która ku mojej olbrzymiej radości, została właśnie otwarta. I nawet miała widok na klepisko. Od rana, serwowali tam noodle różnej maści. Ja juz wtedy unikałam mięsa; właściwie jadałam tylko kurę, więc – głodna – znów miałam kłopot: „jak cholera zamówić w języku migowym jedzenie bez mięsa, w kraju w którym je się wszystko?!” Na całe szczęście warzywa były na widoku. Stanęłam więc przy szybie i wskazałam panu to co chciałabym zjeść. Pan to wszystko wrzucił na woka, przyprawił i, do cholery pojęcia nie mam jak to się stało, ale zupełnie poważnie, był to jeden z najlepszych posiłków jaki jadłam w życiu. Tak! Na dworcu autobusowym w małym miasteczku, którego nazwy nie pamiętam, w środku niczego, w Chinach. To naprawdę było kulinarne cudo. Pan umiał. Przypatrywałam się z jaką gracją to wszystko lata w wok’u i jak wlewa tam sosy by w 3 minuty wprowadzić mnie do kulinarnego raju. Wynagrodził mi skaj i zupki i nawet to, że byłam w Chinach ogólniedostepnym dziwadłem. Knajpa była okropna, ale ja byłam w niej szczęśliwa! Doczekałam do 8.20, pławiąc się w moim pierwszym [i nie ostatnim w Chinach] kulinarnym orgazmie. O 8.20 pokazałam kierowcy chińską nazwę z przewodnika by upewnić się, że naprawdę wyląduje w Wuyuan, tak jak zaplanowałam. Kiwnął ręką na znak, że mam wsiadać, wrzucliłam w uszy nowego ipod’a i ruszyłam dalej.

cdn.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s