don’t panic! czyli chiny cz. 3

Wbrew tytułowi, nie będzie tak źle, a nawet będzie spoko:). Wuyuan okazało się – tak jak napisano – urocze. I to właściwie pod każdym względem. Był to jeden z najmilszych kawałków mojej podróży po Chinach. Miasteczko jest przepiękne i sielskie, brukowane i pełne czerwonych lampionów; pocięte kanałami nad którymi przechodzi się cudnymi kamiennymi mostami. No bajka. Zamieszkałam w przytulnej herbaciarni u starszych, bardzo opiekuńczych ludzi, którzy raczyli mnie pyszną herbatą. Choć, no nie pogadaliśmy za bardzo.

Nie pamiętam jak znalazłam to miejsce, ani jak się dogadałam na cenę. Bez wątpienia wszystko odbywało się w języku migowym. Miałam śliczny widok z okna na nieduże miasteczko i juz pierwszego dnia zeszłam je całe, napiłam się herbaty, zjadłam i… nie bardzo wiedziałam co dalej. Nuda trochę. Nie było nawet do kogo ust otworzyć. Oczywiście mogłam w nieskończoność kontemplować urodę tego miejsca, ale … ja kurczę lubię gadać z ludźmi. Chciałabym wiedzieć jak im się żyje, czy są szczęśliwi – a tu lekka dupa, bo poza wielokrotnie powtarzanym uśmiechem i ukłonem w pas, nie bardzo się da się skomunikować. W Wuyuan oprócz jego mieszkańców byłam tylko ja. Zero turystów. Nikogo. Niby fajnie, ale … Drugiego dnia obfotografowałam całe miasteczko, kupiłam za grosze piękny ręcznie robiony, drewniany grzebień i właściwie nic więcej do roboty nie było. Wieczorem poczytałam książkę przy herbatce od miłych państwa i postanowiłam, że trzeba coś z tym zrobić Miałam dwa wyjścia – albo nauczyć się chińskiego, albo nauczyć się z tym żyć. To drugie, wydawało się nieco łatwiejsze, więc rano, migając???*, zapytałam mojego gospodarza czy przypadkiem nie zna jakiegoś gościa, który, za hajs, obwiózłby mnie po okolicach motocyklem.

No więc znał. I to był ten pan:

no i tu dwie małe dygresje;

1* za cholerę nie wiem jak się porozumiałam w tej kwestii, ale musiało to naprawdę śmiesznie wyglądać:)

2* jeszcze wtedy nie umiałam jeździć motocyklem [mój przyjaciel Borek powiedziałby, że nadal nie umiem, mimo, że ja swoje wiem], ale była to pierwsza [z trzech] okazji, która przesądziła o tym, że postanowiłam nauczyć się nim jeździć. Dwie pozostałe zdarzyły się później – w Indiach i Wietnamie.

No więc, Mr. Lee przyjechał po mnie bardzo rano następnego dnia i zabrał na najfajniejszą chyba chińską wycieczkę. Poprosiłam go by zawiózł mnie do dwóch miejscowości z przewodnika, ale on machnął ręką i zabrał mnie tam gdzie sam chciał. Jezu jak dobrze, że sprzeciw nie przyszedł mi do głowy! Otóż okolice Wuyuan są pełne pól ryżowych pośród których mnóstwo jest malutkich miejscowości ze starymi domami – wszystkie z czasów dynastii Ming [1368–1644] i Qing [1636–1911]. I wszystkie są zamieszkane. Mr. Lee dokładnie wiedział gdzie mnie zabrać. Domy w miasteczkach są zabytkami i można je zwiedzać, a ich mieszkańcy mają obowiązek wpuścić do siebie turystów[!!!!]. Rezultat jest taki, ze zwiedzając zabytki, normalnie zwalasz się komuś na chatę. Przedziwne uczucie. Wchodzisz, a tam rodzina właśnie siada do obiadu, albo go właśnie gotuje; albo ktoś sobie właśnie zaparzył herbatę i próbuje wejść w stan ZEN, a tu mu włażą do pokoju turyści. To byli sami chińscy turyści – bo czuję się w obowiązku wyjaśnić tę kwestię – no i ja – jeden człowiek UFO. Ja byłam w siódmym niebie, ale oni [mieszkańcy] mieli przesrane. Naprawdę dzielnie znosili wycieczki przewalające im się przez chaty. Ciekawe czy mieli wybór?! Czy cena za mieszkanie w domu sprzed siedmiu wieków była ich dobrowolnym wyborem czy odgórnym nakazem? Stawiam na to drugie, choć pewności nie mam – nie zbadałam sprawy, bo wtedy po prostu byłam zachwycona zwiedzaniem i wcale nie zadawałam pytań.

Myśle sobie, że nie ma szans bym ja to zniosła. Kiedykolwiek. I nie sądzę by ktokolwiek z naszej części świata to łyknął. Chińczycy są bardzo posłuszni i ułożeni, nie kwestionują nałożonych na nich zakazów i nakazów, nawet najbardziej absurdalnych, czyli zupełnie odwrotnie niż my. Przekonałam się o tym jeszcze pare razy i to dość okrutnie, ale to już w bardziej odległych Chinach. Tymczasem zachwycałam się okolicami Wuyuan. Cudnie spokojnie płynęło tam życie; w miasteczkach odbywały się panele malarskie, ludzie prali, grzebali w drewnie, brodzili w kanałach, gadali i wyglądali na szczęśliwych. Spacerowałam w totalnym poczuciu beztroski, aż tu nagle ze snu wyrwał mnie damski głos mówiący po angielsku…

” Śnię” – pogadałam ze sobą, ale się odwróciłam. Stała za mną dziewczyna. Jak się okazało – Australijka Wypatrzyła mnie, inną białaskę, w tłumie, dogoniła, prawie złapała za kark i …

„Mówisz po angielsku?” – zapytała nieco radośnie. „Cześć, no mówię” – odparłam nieco zaskoczona.

Rozpromieniała. „Jestem Sasha. Choć na wino! Bo ja nie gadałam z nikim od dwóch tygodni.”

„Cudownie, bardzo chętnie” – ucieszyłam się mimo, że w moim przypadku to były zaledwie trzy dni. Gdyby nie zaproponowała, sama pewnie zawlekłabym ją za kołnierz. Też już dostawałam lekkiej korby z niegadania z ludźmi.

Padłyśmy sobie w objęcia i, po krótkim spacerze nad kanałem, usiadłyśmy w przeuroczej kawiarni z paskudnie niedobrym, słodkim winem. Nie posiedziałyśmy długo, bo czekał na mnie Mr. Lee, a Sasha miała metę w miasteczku w którym się spotkałyśmy. Ale posiedziałyśmy wystarczająco by się nagadać 🙂 i podzielić obserwacjami z bycia samotną, białą dziewczyną w Chinach. Ona miała znacznie większe doświadczenie, bo była w Chinach juz ponad miesiąc a ja dopiero jakiś tydzień, więc byłam jeszcze wcześniakiem. Teraz już wiem, że chińska wieś jest o wiele bardziej przyjemna niż chińskie miasta. Teraz to ja, generalnie, wole wieś od miasta, ale wtedy byłam jeszcze miłośniczką cywilizacji. Takiego maila znalazłam w mailowych archiwaliach, a wyskrobałam go z Chin do moich przyjaciół. Fragment dotyczy zupełnie innego, poźniejszego fragmentu Chin, ale generalnie oddaje moje odczucia wobec całego kraju. (pisownia oryginalna):

jednak chiny to kraj ekstremalnych przezyc. no za cholere nie wiem co myslec.
jade na chinska wioche, jezdze rowerem w najcudniejszym krajobrazie jaki widzialam (pomijajac norwegie,  i nie tylko o fiordy mi chodzi wisienko), zrywam i wsuwam pomarancze z drzewa (za pozwoleniem lokalesow oczywiscie), autochtoni opatruja mi do cna pogryzione przez komary nogi specyfikiem o nazwie fengjoudzian lub jakos tak; no i spaceruje z panem, ktory idzie wykapac swojego yaka (bez brudnych mysli tu, prosze) w pobliskiej rzece… i jestem przeszczesliwa.  
wydostaje sie do miasta i tych pieprzonych chinoli nienawidze. nie mysla, sa malo inteligentni i niemili. taksowkarze twierdza ze woda w rzece wezbrala i to przesąd wiec nie moga mnie zabrac… musze sie nauczyc paru chinskich przeklenstw.”

Tymczasem musiałam wrócić do mojej herbaciarni. Mr. Lee był uroczo cierpliwy. Przeprosiłam za zwłokę, ale poklepał mnie po plecach i z jego migania zrozumiałam, że mam się nie przejmować, włączyć sobie muzę, bo do domu pojedziemy naokoło przez jakieś ładne tereny. W rzeczy samej – było pięknie; jechaliśmy przez przezielone, olbrzymie pola ryżowe z górami majaczącymi w tle. W uszach miałam „Don’t Panic” Coldplay’a, który leci tak:

And we live in a beautiful world we do, we do
We live in a beautiful world

Bones sinkin’ like stones
All that we’ve fought for
All these places we’ve grown
All of us are done for

polecam posłuchać

No i łzy mi leciały jak grochy. Pamiętam ten moment jako jeden z najpiękniejszych w życiu, a Coldplay to już zawsze będą pola ryżowe. I na odwrót Chiny zawsze będą Coldplay’em, no i Placebo – bo tylko ich kawałki miałam w ipodzie – zgrane od Rafy – i to oni zrobili ścieżkę dźwiękową mojej podróży. Do tego – mimo, że nie rozumiałam Pana Lee, to gość zaopiekował się mną jak najlepszy przyjaciel. W tamtej chwili, na jego motocyklu, miałam wszystko czego nam potrzeba – dobro i ciepło od drugiego człowieka, no i piękno natury. Do tego zupełnie niespodziewanie nową kumpelę z Australii. Ryczałam jak bóbr! Nie nauczyłam się chińskiego, ale czułam, że może jednak uda mi się bez niego przetrwać.

W domu też czekała na mnie niespodzianka – w herbaciarni pojawili się współlokatorzy – młode chińskie małżeństwo mówiące po angielsku; ledwo, ale się dało pogadać. Mieli być w podróży poślubnej w Tajlandii, ale Chiny ich nie wypuściły ze względu na szalejącą ptasią grypę. Chińczycy mieli całkowity zakaz wyjazdu z kraju i zapewnie nikt się z nim nie kłócił. Na moje szczęście zostali moimi towarzyszami na resztę dni w Wuyuan, a potem ruszyłam w stronę Jangcy. Miałam ochotę wskoczyć na statek i przepłynąć kawałek. Nigdy tego nie zrobiłam, ale o tym już następnym razem.

PS. Niestety nie mam już kontaktu z tymi fajnymi młodymi ludźmi. Dodaliśmy się ,co prawda, do znajomych na FB, ale dwa tygodnie poźniej, po zamieszkach w prowincji Xinjiang, Facebook został w Chinach zablokowany.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s